Nie ma to jak obudzić się skoro świt, o 10. rano, w nieswoim łóżku. Zabrać kurtkę oblepioną kocią sierścią i wymknąć się cichaczem, myjąc wcześniej zęby pastą nałożoną na palec wskazujący, biorąc „francuski prysznic”. Wysupłać dwapiendziesiont na Wyborczą z Wysokimi Obcasami i czytać ją w autobusie na Dąbrowę, w przerwach snucia planów podboju świata. O dzwonieniu bez wyraźnego powodu do Danny’ego nie wspominając. A później wejść do mieszkania, zobaczyć się w lustrze po raz drugi tego pięknego, słonecznego (acz cholernie zimnego) dnia i roześmiać się. Wywalić na kontuar zawartość kieszeni. Wziąć Apap – popijając go Neską, a zagryzając kanapką z paprykarzem (bo nic innego, poza sosem sojowym w lodówce nie zostało). I tak na bogato. Odpalić lapka, wejść na fejsa, dowiedzieć się, że Iwona K. ma urodziny („niech jej gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie”) i w złudnym poczuciu +50 do awsomeness wylać z siebie to krótkie memorandum.
Uwielbiam swój kierunek studiów. Z całym jego folklorem – z konspiracją godną peerelowskiego podziemia, z penisami rysowanymi w notatnikach, z ludźmi nawijającymi do wybijanych na gitarze bitów, z rozkładanymi kanapami powodującymi lekkie deja vu. DZiKS to styl życia, to maszynka do produkcji weny. A może to studia w ogóle?
Dobry melanż, Nalevois, dzięki
PS Facepalm nie chciał umieścić na łolu tego statusu ze względu na trzykrotne przekroczenie limitu znaków. Zabezpieczenia antygrafomańskie, heh
Tym razem będzie naprawdę [ ] krótko, bo i sesja zbliża się wielkimi krokami. Jeśli jednak macie chwilkę, aby się wyciszyć i obcować z czymś nietuzinkowym jednocześnie, to polecam do tego celu Machinarium Na zachętę przedstawiam wam ten oto filmik, własnoręcznie schwytany w czasie gry programem Fraps.
(wybaczcie jakość audiowizualną; w powiększonym oknie oglądanie powinno być w miarę komfortowe).
Gromadka puszystych, wielkookich stworzonek beztrosko kica przez łąkę. Kadr jak z bajki, jeśli by pominąć wysokie mury, druty kolczaste i wieże strażnicze dookoła nich. Sportretowania takiej wizji totalitaryzmu podjął się polski reżyser i trójka jego przyjaciół.
Nikomu nie trzeba już chyba przypominać, jaką rocznicę obchodziła 9 listopada cała Europa. Dwudziestolecie symbolicznego końca zimnej wojny obfitowało nie tylko w Niemczech w wiele wydarzeń natury politycznej i kulturalnej – od sążnistych przemówień, po dosłownie ścinające z nóg artystyczne eventy. Wśród tych form świętowania upadku muru berlińskiego, bodaj najbardziej oryginalny okazał się głos polskiego reżysera Bartka Konopki. Czytaj resztę wpisu »
Na pewno zauważyliście wspomnianą wcześniej przypadłość w sferze filmów. Mianowicie kto w ogóle pamiętałby (słuchałby, kupowałby…) muzykę z któregokolwiek odcinka przygód agenta 007, jeśli nie piosenka tytułowa podłożona do napisów początkowych? Nikt. Każda ścieżka dźwiękowa potrzebuje hitu. Kolejny zestaw orkiestralnych motywów z łatwymi do przewidzenia woltami to już za mało i tę prawidłowość zaczynają rozumieć także producenci gier komputerowych. Dlatego na potrzeby promocji swoich produktów (np. w trailerach) tworzone są nowe, wpadające w ucho utwory. Czasem jest inaczej – i piosenka jest nagrodą za przejście gry. Gracze wrzucają taki utwór na YouTube, kolejni często robią do niego fanowskie clipy bazujące na gameplayu… i tak machina marketingowa kręci się długo po premierze gry.
Oto kilka takich „hitów”. Zachęcam do zapoznania się z nimi i oddawania głosów na waszym zdaniem najlepszy utwór.
Dotychczas było raczej o fimach – teraz, w ramach równowagi, o połączeniu dziedziny muzyki i gier, czyli o ich ścieżkach dźwiękowych. Jest całkiem prawdopodobne, że nie każdy z takowymi miał do czynienia, stąd też w pierwszym wpisie krótko o pochodzeniu i typologii
Analogicznie do taperów w pionierskim okresie przemysłu filmowego, również i pierwsze gry miały proste, monofoniczne melodyjki służące uprzyjemnianiu zabawy. Z czasem zdobywały one niemałą sławę w światku graczy, głodnemu jakichkolwiek oznak progresu w tej dziedzinie. Wraz z rozwojem sprzętu dźwięki wydobywające się z głośników brzmiały coraz lepiej niż na stareńkich Atari i Nintendo. Utwory sprzed ponad 20 lat, choć obecnie stanowią jedynie ciekawostkę bądź inspirację (dla zajmujących się samplingiem), były podwalinami dla współczesnych soundtracków. A te rozmachem często nie ustępują swoim odpowiednikom z kinowych megaprodukcji. O rosnącym prestiżu tej gałęzi muzyki świadczyć może chociażby obecność takich nazwisk jak Michael Giacchino (odpowiedzialny m.in. za udźwiękowienie serii Medal of Honor, ale także serialu Lost oraz filmu Mission: Impossible 3) czy Angelo Badalamenti (sławny dzięki współpracy z Davidem Lynchem przy Blue Velvet, Twin Peaks, Mulholland Drive; komponował także do gry Fahrenheit).
Ostatnimi czasy nie sposób było się nie zauważyć reklam ekranizacji pierwszej części trylogii Stiega Larssona. Niezbyt nośny tytuł „Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” atakował z banerów internetowych i radioodbiorników. Aż chce się zapytać – „O co tyle hałasu?”
Najkrócej rzecz ujmując: o utrzymującą się w czołówce europejskich bestsellerów (ponad 14 mln sprzedanych egzemplarzy) serię kryminałów. Fani wśród zalet wymieniają niepowtarzalny suspens w szwedzkim wydaniu oraz biegłość autora w budowaniu frapującej, mrocznej fabuły. Trudno określić, czy to zasługa pisarza, czy ekipy realizatorskiej, ale także film wciąga odbiorcę na tyle skutecznie, że dwuipółgodzinny seans mija w mgnieniu oka.
Święta zbliżają się nieubłaganie i krokami tak wielkimi, że nasze portfele już teraz zaczynają bać się o własne bebechy. W tym magicznym czasie powszechnej radości, serdeczności, rozpasanego konsumpcjonizmu i miłości, zakupy w centrach handlowych umila nam pogodna, nastrojowa muzyka. Chociaż kolędy mogą być niedługo niepoprawne politycznie, to kto jednak potrafi odmówić uroku ciepłemu, jak kominek w górskiej chatce głosowi Franka Sinatry… ? Z pewnością nie sklepowi „puszczacze muzyki”. Żeby była jasność – Sinatrę cenię i lubię niekiedy posłuchać. A że niektórzy sprowadzają jego twórczość do poziomu zakupowego uprzyjemniacza czasu… Cóż, to nieodosobniony przypadek, a szczęściem w nieszczęściu jest, że kojarzy się z mimo wszystko niepowtarzalnym okresem w roku. Zgodnie z obietnicą w tym odcinku będzie mowa o muzyce lekkiej i przyjemnej, ale nie o Sinatrze… Czas na największego znanego mi muzycznego parodystę, którego covery można byłoby odtwarzać w centrach handlowych w ramach fightclubowego Project Mayhem.
Czas na Richarda Cheese’a i jego band „Lounge Against The Machine”!
Ostatni wpis był odrzucająco długi, dlatego tym razem w miarę krótko i na temat. Dzisiaj chciałbym podzielić z wami odkrytym przeze mnie jakiś rok temu holenderskim kolektywie o tajemniczo brzmiącej nazwieStrange Attractor. Jeśli jej nie słyszeliście, nie macie powodu do niepokoju, gdyż generalnie są tak słabo znani, że nawet angielska wikipedia się poddaje i odsyła do definicji dziwnego atraktora. Poza tym ten rodzaj muzyki niekoniecznie trafi w każdy gust. Ale po kolei, jak powiedział rzeźnik do prosiąt z nowego transportu.
Około miesiąca po premierze „Bękartów wojny” („Inglourious Basterds”), w chwili gdy wybierałem się na bodaj jedną z ostatnich projekcji, film ten owiany już był bez mała legendą. Wchodząc do gdańskiego Multikina, podbudowany przez moich znajomych opiniami oscylującymi między „miażdży!”, „niszczy!”, „masakra, stary!”, byłem wręcz pewien, że za moment zobaczę film, delikatnie mówiąc, niecodzienny. Weryfikacji musiałem poddać jedynie, czy najnowsze dokonanie Quentina Tarantino to majstersztyk, czy też może, jak twierdzą niektórzy – zadziałał, nazwijmy to, „syndrom Tarantino”, według którego wszystko, co wychodzi spod jego ręki, automatycznie i „nie wiedzieć dlaczego” staje się kultowe. Czytaj resztę wpisu »